Straty. Rany wojny

Stypendium

Projekt "Rany Wojny" został zrealizowany w ramach stypendium z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

mkidn_01_cmyk

Książka

Jadę samochodem. Zatrzymuję się przy drodze na siku. I się zaczyna. Rozglądam się, patrzę pod nogi. Boję się przeskoczyć przez rów i iść za drzewo. Boję się, że coś wybuchnie tak, jak w Afganistanie wybuchało. Ten strach trwa chwilę. Wiem, że to wariactwo, ale w głowie zostało. Teraz i tak jest lepiej. Śpię, nic mi w snach nie wybucha. 

Tak się zaczyna jedna z dwunastu powojennych opowieści. Powojennych, bo choć politycy o dziesięciu latach stacjonowania polskich żołnierzy w Afganistanie mówią misja stabilizacyjna, to tam była wojna. Prawdziwa, ze strzałami, minami, ranami i śmiercią. Magdalena i Maksymilian Rigamonti, dziennikarka i fotograf spróbowali opowiedzieć o tej wojnie poprzez historie tych, którzy tam, w Afganistanie stracili ręce, nogi, kolegów, synów, mężów, ojców, spokój ducha. Mają za sobą dwanaście długich rozmów o stracie, rozmów o wojnie, uzależnieniu od niej, tęsknocie i miłości. Raz w miesiącu spotykali się z jednym bohaterem tej książki, prawie zawsze w jego domu.

Autorzy

Magdalena Rigamonti

Dziennikarka, w 2014 roku otrzymała Mediatora, nagrodę przyznawaną przez studentów dziennikarstwa z całej Polski, zajęła trzecie miejsce w plebiscycie Dziennikarz Roku miesięcznika Press, była finalistką Nagrody im. Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby i Nagrody im. Barbary Łopieńskiej. Pracuje dla tygodnika „Wprost”. W 2014 roku ukazała się też jej książka „Bez znieczulenia. Jak powstaje człowiek.”, której trzon stanowią rozmowy z wybitnymi ginekologami dr Marzeną Dębską i prof. Romualdem Dębskim. Należy do Press Clubu. 

Maksymilian Rigamonti

Fotograf, stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, autor fotograficznych książek Bykownia. Archeologia zbrodni i Afganistan jest w nas. Zdobywca wielu nagród, w tym Zdjęcie Roku Grand Press Photo 2012. Członek Press Clubu. 

Rany wojny
Byłem w Afganistanie pięć razy. W sumie pół roku. Czyli mniej więcej tyle, ile trwała jedna żołnierska zmiana. Poznałem tam żołnierzy, lekarzy, psychologów i cywilów. Wszyscy byliśmy razem w jednym miejscu otoczeni sześciometrowym murem. Wspólna stołówka, łazienki, ubikacje, a w jednym domku ze sklejki dziesięciu facetów. Ja z nimi. Zakumplowałem się, zaprzyjaźniłem nawet. Nie rozmawialiśmy o tym, co w Polsce. O strachu też nie. O żadnych stresach bojowych, o klękaniu psychy. Nie było czasu, a może nikt nie chciał o tym gadać. No bo po co się denerwować, po co myśleć, że może coś się stać, po co roztrząsać, że ktoś tęskni, płacze może, że dzieci rosną, a ja na jakiejś wojnie i że strzelają rakietami, podkładają ładunki, zaminowują. Zresztą, to inni zostają ranni, mają rozszarpane kolana, odstrzelone ręce, odłamki w całym ciele, które z odległości metra wyglądają jak pieprzyki.
Zastanawiałem się, jacy są w Polsce, jakimi są mężami, synami, ojcami, jak wyglądają w cywilnych ubraniach, w swoich domach, z rodzinami, z dziećmi. Co robią, jak żyją, czy mówią żonom, że mina przy nich wybuchła, że noga kumpla przeleciała im przed oczami albo że dowódca zginął na akcji. Z niektórymi umawiałem się na po powrocie. Zapraszali mnie do siebie moi koledzy z wojny.
Przez rok odwiedziłem dwanaście miejsc, dwanaście rodzin, w kilku były tylko żony i dzieci albo matki.
Przyjeżdżałem, rozstawiałem swoje przenośne studio fotograficzne, włączałem dyktafon i zaczynaliśmy. Oni opowiadali, a ja fotografowałem. Tak, jak na wojnie aparat oddzielał mnie od wielkich emocji, dramatycznych sytuacji i łez. Gdyby nie on, to pewnie bym płakał.
Maksymilian Rigamonti
 
Straty
Najpierw o nich tylko słuchałam. Jacy są wspaniali, jak to jeden za wszystkich, wszyscy za jednego i oglądałam na zdjęciach, które Maksymilian przywoził z kolejnych wypraw do Afganistanu. Potem kilku z nich odwiedziło nas w Warszawie, jeszcze później ze dwudziestu przyjechało na wystawę „Afganistan jest w nas” do warszawskiej Galerii Studio. Trudno było mi ich rozpoznać w tych galowych mundurach. Niektórzy z żonami. Wszyscy dumni, że są na zdjęciach, a właściwie, że byli tam na tej wojnie. Widziałam, że są kumplami mojego męża, że jest trochę jednym z nich. W tym samym czasie poznałam prof. Stanisława Ilnickiego, psychiatrę, twórcę Kliniku Stresu Bojowego, który opowiedział mi o żołnierzach wracających z Afganistanu, o tym, że część z nich wraca nie tylko z ranami ciała ale i duszy. Zaczęłam przyglądać im się uważniej, rozmawiać, wypytywać. Czułam, że niektórym dobrze robi to opowiadanie o sobie, o tym, co przeżyli, co w domu, co żonami, z dziećmi i o tym, że następnego dnia mogliby znowu jechać na wojnę.  Bo tam jest lepiej, tam jest adrenalina i nie ma tej trudnej rodzinnej codzienności. O śmierci nie chcieli mówić. Maksymilian też nie. Choć jak zobaczyłam na jego zdjęciu płonące namioty, twarze przerażonych żołnierzy, po chwili usłyszałam od niego: tego dnia na bazę spadło kilkanaście rakiet. Strasznie się bałem. Nie mówiłem ci wtedy, bo nie chciałem was denerwować.
Wiedziałam, że więcej się nie zgodzę na Afganistan. Pojechał jeszcze dwa razy.
W tych dwunastu historiach jest też gdzieś nasza historia.
Magdalena Rigamonti

Bohaterowie

Beata Łucka

Nie wierzyłam, że nam się uda dom zbudować. Z kominkiem, dużym tarasem, wielkim pokojem synka. Zbudowaliśmy. Stan surowy, niezamknięty. A potem wyszło jak wyszło. Przyszli do mnie w nocy z piątku na sobotę. Gdzieś tak około drugiej. Położyłam się o pierwszej. Wiedziałam, że był na akcji. Napisał sms wieczorem. Odpisałam. I usłyszałam domofon. Myślałam, że śpię nie więcej niż pięć minut. Odebrałam, a tam głos, że przyszli z jednostki wojskowej, to otworzyłam. Cztery osoby stały. Psycholog, ksiądz i dwóch żołnierzy. Coś do mnie mówili, nic nie rozumiałam. Nie płakałam. Wzięłam telefon i dzwoniłam do rodziny, do przyjaciół, bo nie chciałam, żeby się z telewizji dowiedzieli. Przyjechały siostry, rodzice. Synek się nie zbudził aż do 9 rano. On normalnie tak długo nie śpi. Jakby nie chciał się dowiedzieć, że taty już nie ma. 
 
Co mu pani powiedziała?
Chyba, że tatuś jest w niebie. 
 
Zza rogu wychyla się 8-letni chłopiec. Chyba słucha nas od kilku minut. – Konradku, niestety, tata umarł. Tak powiedziałaś. Tak powiedziałaś!
Ucieka. 
W sobotę wieczorem położyłam się z Konradem do łóżka, przytulić, uśpić. Pytam: synku, co my z tym domem zrobimy? A mały mówi: musimy go skończyć, bo to było największe marzenie tatusia. 
Mirka przywieźli do Warszawy. Mogłam zobaczyć, pożegnać się. 
 
Żołnierz: Wtedy z Mirka oczu popłynęły czarne łzy. Ciało było zamrożone. Zaczęło się rozmrażać. Przecież to był sierpień. Upał jak cholera. Pod powiekami miał pył od wybuchu. Nie zapomnę tych łez. 
 
Gdyby nie synek, to pewnie bym leżała w kącie i się nie ruszała. Dla niego musiałam się pozbierać. Poszedł do szkoły, a ja zajęłam się budową. 

Olga Anyszek

Raz był w Iraku i dwa razy w Afganistanie. Ale raz w Afgnistanie cały rok bez przerwy. Dwie zmiany pociągnął z rzędu.

A pani sama z dziećmi?

Wtedy jeszcze z trójką. Potem się jeszcze Bartuś urodził. Jak pierwszy raz pojechał, to byłam w ciąży z Kornelią. Przyszedł, powiedział, że musi jechać. Ja miałam 18 lat. Z mamą mieszkałam jeszcze. No, ale wiedziałam, że on jest żołnierzem, że ma taką pracę. Wiadomo, że się bałam, myślałam, co on tam robi, czy wszystko dobrze. Chodziłam do sąsiadki, on dzwonił na jej telefon stacjonarny i ta nasza rozmowa trwała cztery, pięć minut. To było bardzo dawno temu.

Nie tak dawno, 10 lat temu. Pamięta pani, jak wrócił?

Pamiętam. Nie poznał mnie na dworcu. Biegłam za nim. Zmieniłam się po urodzeniu dziecka. Strasznie schudłam, pofarbowałam włosy.

Myślałam, że wrócił przed urodzeniem córki. 

Wrócił, jak Kornelia miała trzy miesiące. Dla kobiety, która nosi dziecko w brzuchu, potem je rodzi, a ten ojciec dziecka jest gdzieś daleko, to jest przykre. Niektórzy to myślą, że ja go puszczam, bo mi na pieniądzach zależy. Są takie osoby. A to nie jest wcale tak. Jedzie i tyle. Nawet, jak powiem, że się rozwiodę, nie wiem, czym go straszyła, to on i tak jedzie. Przecież to nie jest zbiór truskawek, tylko wojna.

Krystyna Ambrozińska

matka, kpt. Daniela Ambrozińskiego, który zginął w Afganistanie 10 sierpnia 2009 roku.  
 
On tam pojechał z rozkazu. Potrzebowali logistyka. Miał być tylko na miejscu w Ghazni, żadnych wyjazdów, żadnych patroli. A wysłali ich do jakiejś poradzieckiej bazy w Usman Khel. Widziałam na zdjęciach. Bieda, okna słomą pozastawiane. Wodę nosili z rzeki. Mieli tam być tydzień. Ale nie mieli jak wrócić. Daniel dowodził. Co dwie godziny radiotelegrafista kontaktował się z bazą w Ghazni, prosili o wsparcie, o żywność. I dla siebie i dla afgańskich policjantów, z którymi musieli się dzielić jedzeniem. Bez skutku. Kiedy syn zaczął osobiście prosić, monitować, to dzień przed śmiercią zdjęli go z dowodzenia. Za karę. Dowódcą został człowiek bez żadnego doświadczenia w dowodzeniu. Rano poszli na patrol. Zasadzka. Od innych żołnierzy wiem, że gdyby nie Daniel to wszyscy by zginęli. Nie zgadza mi się to wszystko. Męczą mnie pytania. Dlaczego skoro byli tylko dwa metry od niego, leżącego na ziemi (siedzieli przecież w jakiejś szopie), nie wciągnęli go, dlaczego go tam zostawili. Usłyszałam, że był bardzo ciężki. Rozumie pani? Ciężki. Mówili, że zmarł od razu. Widziałam zdjęcia syna po tym jak go znaleźli. Widziałam jak wyglądał. I wiem, że on nie umarł od razu. Tylko, że go męczyli, torturowali po prostu. Rany miał straszne. A ja żyć nie mogłam. Nie spałam, nie jadłam, płakałam. Bez szpitala, bez leków by mnie tutaj nie było.

Krzysztof Polusik

st. kpr. Krzysztof Polusik
 
Z protezą nogi jest jak z samochodem. Trzeba serwisować, oddawać na przeglądy, podzespoły się zmieniają, elektryka, baterie, no to wiadomo. Niedługo na dwa tygodnie do Austrii wysyłam sztuczną nogę. Ona jest warta 134 tysiące. Rowerem można jeździć. Osiem kilogramów waży. Nogi mi nie urwało, tylko erpeg przestrzelił kolano. Amputowali już w Niemczech, w Ramstein, w wojskowym szpitalu. Zobaczyłem zdjęcie tego kolana w albumie fotograficznym. Na początku nie poznałem. Dopytywałem Maksa, fotografa, kiedy to zdjęcie zrobił, czy mnie pamięta. Po tym zdjęciu widać, że nie było co ratować. Kolano zmiotło. Drugą nogę też walnęło. Ale nie mocno. Morfina mi pomagała. Potem długo mi pomagała. Kiedy bolało, mogłem nacisnąć przycisk i sam sobie dozowałem. To był rodzaj uzależnienia. Kilka miesięcy z tego wychodziłem. Żona do mnie przyjechała. Z pięć operacji tam miałem. Szósta to była amputacja. Teraz co roku otwierają nogę i czyszczą kość, bo drobinki kości przy wybuchu wbiły się w całą kość. Lekarz mi tłumaczył, że to jest tak jakby trawę zasiało. Ona rośnie, zbija się w kępę i trzeba wyrywać, pielić. Taki obcęgami wielkimi. Mówią na nie buldog. Później przez tydzień znowu silne leki przeciwólowe. Bo ból taki, że mam jasno przed oczyma. 

Łukasz Flajszer

Teraz już nie rysuję, od lat nie rysuję. Kilka razy próbowałem, ołówek, pierwsza kreska i wszystko się przypomina. Raz już się wziąłem za rysowanie i to się źle skończyło. A zaczęło się od tego, że jeden z moich kolegów poprosił mnie, żebym zaprojektował koszulkę pamiątkową z Afganistanu. Dużo rysowałem, ludzie mówili, że mam talent. Trochę jak odludek. Jak miałem wolną chwilę, to rysowałem. Rysunek miał być agresywny. Koledzy  chcieli, żeby był diabeł, jakieś symbole śmierci. Wziąłem się za robotę i zrobiłem. Ale potem nigdy tych rysunków nie widziałem. W sumie było ich pięć. Nie wiem, kto je wziął, gdzie one są teraz. Od 2007 roku już trochę minęło. Wiem, że koszulka z jednym z tych rysunków jest, ale raczej mnie to już nie obchodzi. Bo przez te rysunki zrobiono ze mnie kogoś kim nie jestem. Wariata po prostu. Opowiem pani jak to było. Dużo jeździłem w patrolach. Na dzień, na trzy dni, ale były też takie dwutygodniowe. Zmęczenie straszne. Zdarzało się, że zasypiałem na stojąco. Jakieś omdlenia nawet były. I plecy bolały strasznie. Bo ja cały czas stałem w wieży, w pojeździe. A kamizelka, amunicja swoje ważą. Nogi mi cierpły, sekunda snu i zjeżdżałem do wieży. Pamięta pani taki film „Bezsenność” z Alem Pacino? Tam mu się sen z jawą miesza. Mnie też się już mieszał. Nie miałem świadomości, że śpię na stojąco. Jakieś migawki miałem, obrazki jakieś. Osuwałem się i nie wiedziałem, co się dzieje. Uciekało mi 15, 20 minut mojego życia. Mój dowódca zaczął odsuwać mnie od zadań. Jak już te rysunki  skończyłem, to zemdlałem w kampie. Zaprowadzili mnie do Amerykanów, na izbę przyjęć. Pytali, co mi jest, mówiłem że w głowie mi się kręci i strasznie bolą mnie plecy. A potem, bez żadnej konsultacji z psychologiem okazało się, że mnie rotują do Polski. Wiedziałem, że będę w szpitalu wojskowym, ale nie wiedziałem na jakim oddziale. Wsadzili mnie do karetki i zobaczyłem napis: Klinika Stresu Bojowego, Oddział Psychiatryczny. Myślałem, że mnie szlag jasny trafi. Przywieźli mnie do psychiatryka. Do tej pory nie wiadomo na jakiej podstawie, bo żaden psycholog, żaden psychiatra ze mną nie rozmawiał tam w Afganistanie.

Państwo Marczewscy

Urszula i Jerzy Marczewscy
rodzice por. Roberta Marczewskiego, który zginął 20 czerwca 2008 r. 
 
Mamusia, ty to byś mnie znalazła na końcu świata. Tak mówił, Juruś, prawda? I nie znalazłam. Serce boli. Jeździmy na spotkania ludzi, którzy coś stracili i w Iraku i w Afganistanie. To jest takie Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych. Jacy wspaniali chłopcy. Są i bez nóg i bez rąk  i tacy, co cierpią psychicznie. Dobrze się z nimi czujemy. To jest jak rodzina, jak wspólnota. Im nic nie trzeba tłumaczyć. Oni wiedzą, rozumieją.
 
Jerzy: Oni mi przypominają mojego syna. Po prostu. Czasem zaczynam myśleć, że mógłby nie mieć rąk i nóg, byle tylko z nami był. Odpędzam te myśli. 
Urszula: Gosia z nami pojechała. Nasza synowa, ale jak córka. Wie pani, że ona czasem mówi: Będę szczęśliwa jak Robert wróci. I jak ja mam powiedzieć: dziecko, on nie wróci. Nie wróci. 
 
Jerzy: Ja jestem żołnierzem. I jak on mi się śni, to zawsze ze mną. Obydwaj w mundurach. Pamiętam, jak w 1981 roku byłem na szkoleniu w Kijowie. Wtedy Związek Radziecki walczył w Afganistanie i ciągle się słyszało o pociągach wracających z martwymi żołnierzami. Wiedziałem, że Robert tam jedzie na wojnę. 
Urszula: Nam na początku mówił, że nie wyjeżdża poza bazę, a wyjeżdżał. Brał pod uwagę, że może nie wrócić. Ale zawsze mówił: Wrócę, mamusiu.
Jerzy: Mina pod nim wybuchła. 
Urszula: Pretensji do Boga nie mam. On go tylko przyjął, a źli ludzie go zabili. I wiem, że jest mu tam dobrze. Gdybym myślała, że mu się krzywda dzieje, to bym oszalała. A i tak płaczę. Codziennie płaczę. 

Matka, Krycha, Duduś

Żołnierze Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca

- Trzeba wchodzić cicho, bardzo cicho. I bardzo ostrożnie.
- Tak, żeby dzieci nie rozdeptać. One śpią na podłodze.
- Trzeba dojść do tego, kogo się szuka.

Taliba?

- Terrorysty, taliba. Kogoś, kto zabijał i planuje zabijanie. Najlepiej, kiedy jest w łóżku, śpi.
- A pamiętasz jak weszliśmy, a on był z żoną w łóżku. Obydwoje nadzy.
- Poczekaliśmy.
- Niech pani tak nie patrzy. Nie straciliśmy człowieczeństwa. Wiemy, że to wojna.
Ale sami mamy żony, dzieci. Tam leżą rzeczy po Mirku. Buty, hełm, kamizelka.
Z kombinezonu prawie nic nie zostało. Rozszarpał się przy wybuchu.
- Wcześniej myśleliśmy, że jesteśmy nieśmiertelni.

Michał Kowal

sierż. Michał Kowal 
 
Szum mam taki... Pisk. Cienki pisk. Poszły nerwy słuchowe. Chodziłem po lekarzach. Jeden mówi, że to nieodwracalne i że z wiekiem będzie coraz gorzej. I wkurwia mnie to. Kładę się do łóżka. Chcę zasnąć i nie można, bo ten pisk. Trzeba zagłuszyć, telewizor włączyć. Lekarz mówi, że bolesnymi zastrzykami może mi ten pisk zamienić na szum lasu. Ty sobie to wyobrażasz? Nie wiem, czy nie oszaleję jak mi będzie cały czas las szumiał. Może lepszy ten pisk? Ludzie wracają stamtąd z nerwicami, syndromami stresu bojowego, które uaktywniają się nawet po kilku latach, a ja mam pisk. Że zginę, że na minie wybuchnę, że jakiś talib mnie zestrzeli. Było mi wszystko jedno. Przecież uciekałem. Nie jechałem tam dla pieniędzy, uciekłem, normalnie uciekłem. Chciałem ukryć się, zniknąć. Od byłej żony, od tego całego bałaganu, od wojny w rodzinie. Teraz wiem, że gdybym wtedy nie uciekł, to bym dzieci stracił, to by mi się nie udało nic uratować. Dzieciaki były tak przeciwko mnie nastawione, że już nie wiedziałem, co zrobić. Synek starszy potrafił stanąć, opluć mnie i powiedzieć: spierdalaj, ty chuju. Mówił, że go nie kocham... Przyjeżdżały na weekend i po godzinie chciały wracać do mamy. Magda, ja chciałem umrzeć, lecąc tam liczyłem się z tym, że zginę. Jestem saperem, więc o śmierć nietrudno.
Polecieliśmy tam 17 kwietnia, a Janek 10 czerwca nie żył. Noga jego obok mnie przeleciała. Płaczę czasem. Ale żyję i jestem szczęśliwy.
 

Szymon Mutwicki

Jadę samochodem. Zatrzymuję się przy drodze na siku. I się zaczyna. Rozglądam się, patrzę pod nogi. Boję się przeskoczyć przez rów i iść za drzewo. Boję się, że coś wybuchnie tak, jak w Afganistanie wybuchało. Ten strach trwa chwilę. Wiem, że to wariactwo, ale w głowie zostało. Teraz i tak jest lepiej. Śpię, nic mi w snach nie wybucha.

 

Leczy się pan?

Trzy razy byłem w Klinice Stresu Bojowego. Taka ładna nazwa na psychiatryk. Nie tylko dla żołnierzy. Tam są i żony i matki i bliscy. Chcę tam znowu wrócić na kilka tygodni. Nabrać równowagi. Ja nie jestem już w wojsku. Pracuję na stacji benzynowej. Ale do Afganistanu bym pojechał. Tylko w góry, na chwilę. Tam, gdzie nas otoczyli, gdzie Łukasza zastrzelili.

 

Widział pan to?

Nie, był straszny kurz. Nie widziałem samochodu, w którym jechał Łukasz. Połączyłem się z kierowcą.

 

-Gdzie jesteście?

-Kapitan nie ma nogi.

- Powtórz, kurwa.

- Kapitan nie ma nogi.

 

Posłałem to dalej. Kolega mi potem powiedział, że gdybym był blisko, to by mi przyjebał, że robię sobie żarty.

Jak się rozpoczął atak, Łukasz chciał wysiąść z samochodu, wystawił prawą nogę i wtedy rakieta weszła przez prawą lampę hummera, przeszła przez komorę silnika i dostał w nogę. Wisiała tylko na resztkach skóry i na mundurze. Trzeba było nogę włożyć do samochodu i uciekać. Łukasz od razu dostał morfinę, koledzy założyli mu opaskę uciskową. Potem lekarze mówili, że wszystkie żyły poszły do środka, że jakby od razu był operowany, to może... A zresztą.

Trzymałem się kierownicy i mówiłem „Pod Twoją obronę”. Myślałem, co ja tu kurwa robię, dlaczego nie jestem z rodziną, z żoną. Nie wiedziałem, gdzie jest samochód z Łukaszem. Pojechaliśmy szukać. Przyszła wiadomość, że uciekli do amerykańskiej bazy. Po 15 minutach informacja: Łukasz nie żyje.

Nie wiedziałem, czy biec w góry za talibami, czy krzyczeć, płakać czy strzelać. Dowódca dał telefon satelitarny, pozwolił zadzwonić do domu i powiedzieć, że jestem cały. Żona płakała. Ja też płakałem. Bałem się, że zginę. To był najgorszy dzień w moim życiu. Jak mnie pani pyta, co straciłem na tej wojnie, to..., zniszczyłem swoje małżeństwo, siebie, piłem, nie spałem, nie żyłem. Jeden dzień wystarczył, żeby wszystko rozwalić.

Tomasz Rożniatowski

Jak szedłem do wojska, to dostałem od cioci zegarek w prezencie. Został na tamtej ręce. Ktoś go sobie zabrał.

 

Koledzy?

Chyba nie koledzy. Jacyś żołnierze. Moje rzeczy przyjechały do Polski miesiąc po mnie. Na wykazie było, że jest portfel, a w nim sto dolarów i 150 zł i bateria do laptopa. Amerykanie tak nie postępują. Oni oddają honory, a nasi kradną. Chciałem coś kupić w tym Afganistanie, dla rodzinki. Dla siostry, dla jej dzieci, bo to moja jedyna rodzina. Gdyby nie ona, to pewnie bym się podłamał.

 

„Moim honorem jest wierność” - kiedy ten napis sobie wytatuowałeś? 

Po misji. Taki napis mieli SS-mani na sztyletach, ale ja żadnym nazistą nie jestem. Dla dziewczyny to zrobiłem i dla armii. Dziewczyny już nie mam. Ale nadal jestem wierny armii. Mój dziadek był żołnierzem, walczył pod Monte Casino, ojciec też był żołnierzem. Tu jeszcze mam wytatuowane 23 lipca 2011 rok. To data, kiedy straciłem rękę. Ale nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia. Przecież mogłem stracić prawą albo po prostu umrzeć. Proszę spojrzeć na to zdjęcie. Leżę pod tym wozem. Sześć godzin tam leżałem. Tu jest moja ręka. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ucięta. Myślałem, że złamana. Dopiero po kilku dniach, już w szpitalu zorientowałem się, że nie mam ręki. Chciałbym jeszcze pojechać na misję. Bez ręki sobie poradzę.

Arkadiusz Żurkowski

sierż. Arkadiusz Żurkowski
 
Sylwia, żona Arka: Wyglądał jak szkielet. Jak z Oświęcimia. Przez nos go karmili. Pół roku był w szpitalach. A ja z nim od poniedziałku do piątku, a na weekend wracałam do dzieci. 
Arek: Nie wiem o czym myślałem, jak się zbudziłem. Za mgłą wszystko teraz. O nodze nie myślałem. Jakoś nie dochodziło do mnie, że coś straciłem, że jestem kaleką, niepełnosprawnym facetem. Wiedziałem, że leciałem śmigłem, że strzelali do nas, że poczułem dziwny ból w nodze, ciepło takie, przyjemne nawet. I ciemność. Potem usłyszałem, jak mi Sylwia czyta książkę.
 
Sylwia: Czułam, że on słyszy, choć żadnej reakcji nie było. Dwa tygodnie był na wojnie, w tym Afganistanie, a potem tyle czasu nieprzytomny, tyle czasu w szpitalach i w Bagram w Afganistanie i w Ramstein w Niemczech i w Warszawie i w Bydgoszczy. To jest tragedia dla rodziny. Nie wiadomo skąd siła się bierze, żeby to przetrwać. 
Arek: Nigdy bym już rodziny nie zostawił, nie wyjechał. Chociaż, jakby ojczyzna była zagrożona, rozkaz bym dostał, to w obronie kraju bym walczył, bo to jest też obrona własnej rodziny. Nawet z tą jedną nogą. 

Kasia i Marcin

Katarzyna Kamińska psycholog wojskowy i kpt. Marcin Pierunek
 
Kasia, psycholog: Oni nie pokazują lęku. Nie mówią o strachu. Nie rozmawiają o śmierci, o tym, że mogą zginąć, nie wrócić do domów, do dzieci, matek swoich, dziewczyn. 28 sierpnia 2013 roku wszystko się zmieniło. Ten dzień, ta noc - to ciężko jest poukładać. Wyciągałam pranie, kiedy wybuchło. Wszystko co było dookoła poleciało na mnie. Nie, nic mi się nie stało. Tylko jakiś siniak na nodze. Nie pamiętam jak się znalazłam w schronie. 
Marcin: To była taka eksplozja, że każdy myślał, że to metr, dwa metry od niego. 
Kasia: Bałam się o chłopaków, o żołnierzy. Nie mogłam nic. Byłam w pierwszych schronie, do którego doszliby talibowie, gdyby chłopaki ich nie powstrzymali. 
 
Powstrzymali znaczy zabili?
Kasia: Tak, zabili. Ale wtedy o tym nie wiedziałam. Nie bałam się o siebie. Tylko bezradność. Totalne poczucie niemocy. Łzy leciały po policzkach. Pamiętam, że jedna Amerykanka bardzo płakała. Nie wiem, czy była cywilem. Mówiła, że nie chce umierać. Ja też nie chciałam. I żeby nikt z naszych nie zginął. 
Marcin: Straciłem żołnierza. Umarł po kilku dniach w wyniku odniesionych ran. Nie mogę o tym mówić. Rodzina sobie nie życzy. I ja też nie chcę. 
Kasia: Znałam go. Rozmawiałam. Strata. To, że byłam wtedy z chłopakami pomogło mi. Nie wiem, czy im też. Ale byliśmy razem. Opowiadali, co się działo, co robili. Adrenalina z nich schodziła. 
 
A ty, Marcin gdzie wtedy byłeś?
Pewnie przy wyrwie w murze. Kierowałem pracą swoich żołnierzy. Trzeba było zrobić fortyfikację, żeby już nikt tam nie wlazł. Do 4 rano nam zeszło.

Wysłuchaj

Obejrzyj

W przygotowaniu

O książce w mediach

Spotkanie promocyjne - 24.02.2015 r. 

Bar Studio, Warszawa 

10930146_1027167247312220_2168513025205740644_n 11001930_1027167240645554_5728489414490842744_n 11024741_1027167243978887_5860218311633332795_n

 Fot. Jacek Waszkiewicz

 

Relacja ze spotkania - miesięcznik Press

https://www.youtube.com/watch?v=8SNuJb55Xqg  

 Press - spotkanie

Gazeta.pl - recenzja

http://m.kultura.gazeta.pl/kultura/1,116108,17473211,Kiedy_milkna_strzaly__Nowa_seria_Domu_Wydawniczego.html

gazeta

 

Czytamrecenzuje.pl - zapowiedź książki

http://czytamrecenzuje.pl/282/co-kupic-w-lutym-przeglad-najciekawszych

Straty

 

 

Polsat News - Magdalena Rigamonti i Tomasz Rożniatowski gośćmi programu Prawy do Lewego

http://www.ipla.tv/Prawy-do-lewego-lewy-do-prawego-frank-pod-sad/vod-6207160#/page_container

26:36 

polsat

 

TV Regionalna

http://www.telewizjazary.pl/1,3787-weteran_wojenny_bohaterem_ksiazki.html

telewizja regionalna

 

RDC - Między innymi Betlejewski

http://rdc.pl/informacje/premiera-ksiazki-straty-zolnierze-z-afganistanu-posluchaj/

 rdc 3

 

Polskie Radio 24

http://www.polskieradio.pl/130/2788/Artykul/1389449,Koszmar-Afganistanu

 

Jedynka - Cztery Pory Roku 

http://www.polskieradio.pl/7/163/Artykul/1390337,Maksymilian-Rigamonti-dla-dziennikarza-Afganistan-to-jak-poligon-doswiadczalny-

Jedynka

 

 

Press - recenzja książki

20150301_PRESS_STRATY_ZOLNIERZE_Z_c2bad

 

ANGORA - recenzja książki 

 20150322_ANGORA_CZARNE_LZY_e35b0

Tomasz Rożniatowski (jeden z bohaterów książki) wręcza książkę Marcinowi Gortatowi na Polish Heritage Night w Waszyngtonie

Rożniatowski

 Duży Format - recenzja książki

 20150319_GAZETA_WYBORCZA_WOJNA_W_GLOWACH_1693f

 

Blog Bernadetty Darskiej

http://bernadettadarska.blogspot.com/2015/03/zmienieni-m-i-m-rigamonti-straty.html

Bernadetta Darska

 

historykon.pl

http://historykon.pl/straty-zolnierze-afganistanu-recenzja/

 

Czytamrecenzuje.pl

http://czytamrecenzuje.pl/recenzja/325/straty-zolnierze-z-afganistanu

czytam recenzuje

 

Ksiazki.wp.pl

http://ksiazki.wp.pl/gid,17385070,tytul,Jak-mnie-pytasz-co-stracilem-na-tej-wojnie-to-wszystko-stracilem,galeria.html

wp

 

Dziennik Gazeta Prawna

20150410_DZIENNIK_GAZETA_PRAWNA_STRATY_ZOLNIERZE_Z_f1005

 

http://mikolajmarszycki.natemat.pl/141013,dziwny-jest-ten-swiat

sna temat

 Super Express

20150504_SUPER_EXPRESS_TWARDZIELE_Z_PRZETRA_e2fd7

Patroni

Press_Club_Polska-LOGO_small

Press Club Polska jest organizacją twórczą ludzi mediów mającą na celu wspieranie i doskonalenie zawodowe dziennikarzy oraz dbałość o prawa obywateli do uzyskiwania rzetelnych informacji.

Galeria

afganistanjestwnas_rigamonti_042
afganistanjestwnas_rigamonti_041
afganistanjestwnas_rigamonti_040
afganistanjestwnas_rigamonti_039
afganistanjestwnas_rigamonti_038
afganistanjestwnas_rigamonti_037
afganistanjestwnas_rigamonti_036
afganistanjestwnas_rigamonti_035
afganistanjestwnas_rigamonti_034
afganistanjestwnas_rigamonti_033
afganistanjestwnas_rigamonti_032
afganistanjestwnas_rigamonti_031
afganistanjestwnas_rigamonti_030
afganistanjestwnas_rigamonti_029
afganistanjestwnas_rigamonti_028
afganistanjestwnas_rigamonti_027
afganistanjestwnas_rigamonti_026
afganistanjestwnas_rigamonti_025
afganistanjestwnas_rigamonti_024
afganistanjestwnas_rigamonti_023
afganistanjestwnas_rigamonti_022
afganistanjestwnas_rigamonti_021
afganistanjestwnas_rigamonti_020
afganistanjestwnas_rigamonti_019
afganistanjestwnas_rigamonti_018
afganistanjestwnas_rigamonti_017
afganistanjestwnas_rigamonti_016
afganistanjestwnas_rigamonti_015
afganistanjestwnas_rigamonti_014
afganistanjestwnas_rigamonti_013
afganistanjestwnas_rigamonti_012
afganistanjestwnas_rigamonti_011
afganistanjestwnas_rigamonti_010
afganistanjestwnas_rigamonti_009
afganistanjestwnas_rigamonti_008
afganistanjestwnas_rigamonti_007
afganistanjestwnas_rigamonti_006
afganistanjestwnas_rigamonti_005
afganistanjestwnas_rigamonti_004
afganistanjestwnas_rigamonti_003
afganistanjestwnas_rigamonti_002
afganistanjestwnas_rigamonti_001

Kup książkę

O serii

Seria Bieguny Wojny to młodsza siostra znanej i cenionej serii Bieguny, w której ukazały się takie bestsellery jak „Lalki w ogniu” Pauliny Wilk, „Świat od kuchni” Anthony’ego Bourdaina, „Geografia szczęścia”, czy „Poznam sympatycznego Boga” Erica Weinera. Książki te od początku odnosiły znaczące sukcesy, były nagradzane i nominowane do najbardziej prestiżowych nagród, mają wierne grono czytelników.

Bieguny zabierają czytelników do najbardziej odległych zakątków świata. Relacje z wypraw do niebezpiecznych i zapomnianych terytoriów, fascynujące historie z pozornie znanych miejsc, opowieści o ludziach. Bieguny to próba spojrzenia na świat oczyma wytrawnych podróżników, dziennikarzy i korespondentów.

Bieguny Wojny to nowa seria, w której ukażą się publikacje opisujące prawdziwe oblicza wojen i konfliktów m.in, w Afganistanie, na Ukrainie. Z ludzkiego punktu widzenia, ze wszystkimi ich okrucieństwami oraz historiami tych, którzy muszą stawiać jej czoła. Tematy poruszane w serii niejednokrotnie umykają mediom, schodzą z czołówek dzienników, co powoduje w naszej świadomości obraz zażegnanego konfliktu. Tymczasem na froncie nadal mają miejsce prawdziwe ludzkie tragedie, a ci, którzy stamtąd wrócili noszą je w sobie.

Forum

Komentarze

Zapis na newsletter



Administratorem danych osobowych jest Wydawnictwo Naukowe PWN SA z siedzibą w Warszawie (02-460), ul. Gottlieba Daimlera 2 („Spółka”). Dane osobowe będą przetwarzane w celu realizacji udostępnianych przez Spółkę produktów lub usług oraz marketingu towarów i usług własnych Spółki (w formie tradycyjnej), a w przypadku wyrażenia odrębnych zgód – w celach objętych oświadczeniem. Spółka informuje, że każda osoba ma prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Podanie danych osobowych jest dobrowolne.

© Dom Wydawniczy PWN Sp. z o.o. ul. G. Daimlera 2, 02-460 Warszawa. Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy XIII Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego, KRS 0000265613, Kapitał zakładowy 4.199.000 PLN, NIP 521-34-08-319